Wojujący buddyści

Dilanthe Withanage to pionier edukacji komputerowej na Sri Lance i współzałożyciel ultranacjonalistycznej organizacji Bodu Bala Sena – Armii Buddy.

Z tym 52-letnim, wykształconym w Gruzji wykładowcą akademickim spotykam się w kawiarni w centrum Kolombo. Po samym wystroju lokal trudno byłoby zlokalizować gdziekolwiek na świecie. Identyczne drewniane stoły, panele podłogowe i wygodne, obite pluszem fotele równie dobrze mogłyby zdobić wnętrza kawiarni w Dubaju, Warszawie albo w Nowym Jorku. Wśród gości dominuje styl biznesowy, pewnie są pracownikami okolicznych banków i urzędów. Z kieszeni wyprasowanych koszul wystają im pióra i smartfony.

W takiej scenerii Withanage zaczyna mnie przekonywać, że rządząca na Sri Lance większość etniczna, Syngalezi, są razem ze swoją religią i kulturą na skraju wyginięcia. Pewną część winy za to ponosi widoczna na załączonym obrazku globalizacja, większość – mieszkający na wyspie nie-buddyści. Prawa tych ostatnich trzeba ograniczyć, bo to nie ich kraj.

Przed poznaniem dalszego ciągu rozmowy przyda się wycieczka w bliską i daleką przeszłość. W 2009 roku Syngalezi wygrali wojnę domową z wyznającymi hinduizm Tamilami z północy Sri Lanki. Tamilskie Tygrysy, jedna z najbardziej fanatycznych armii partyzanckich świata, zostały zmiecione z powierzchni ziemi, a rządowe wojsko zabiło przy okazji wielu cywilów. Mimo wygranej wojny syngaleski nacjonalizm, zamiast osłabnąć, przybrał jeszcze na sile. Na podbitych terytoriach żołnierze stawiali posągi Buddy i świątynie, a urzędnicy zmieniali nazwy miejscowości tak, żeby brzmiały bardziej buddyjsko.

Buddyjscy narodowcy

Chociaż w Europie buddyzm nie kojarzy się z nacjonalizmem i agresją, to w Azji czasami idzie z nimi w parze. Jego wojowniczy odłam w najlepsze rozwija się nie tylko na Sri Lance, ale również w krajach takich jak Tajlandia i Birma. Mnisi starają się tam odgrywać ważną rolę w bieżącej polityce, chcąc zabezpieczyć swoje interesy w sekularyzujących się społeczeństwach i zwalczyć konkurencję do rządu dusz.

Religijne ruchy nacjonalistyczne, które usprawiedliwiały przemoc koniecznością osiągnięcia wyższego dobra, pojawiły się na kolonialnym Cejlonie w XIX wieku. Po odzyskaniu niepodległości w 1948 roku radykalni buddyści starali się o przywileje  i o formalne uznanie wyspy za czysto buddyjską – mimo, że ponad 20 procent mieszkańców wyznaje inne religie. Kiedy premier Solomon Bandaranaike zaczął działać wbrew interesom większości, został zastrzelony. Przez buddyjskiego mnicha. Duchowni wywalczyli ostatecznie dla swojej religii nadrzędną pozycję, co zapisano w konstytucji.

Czas na najnowszą historię. W 2004 roku mnisi założyli Partię Narodowego Dziedzictwa (Jatika Hela Urumaya, JHU), która w kraju, gdzie buddyzm wyznaje trzy czwarte mieszkańców, miała za zadanie ochronę tej religii przed zakusami obcych. To z niej wywodzi się Bodu Bala Sena (BBS), której nazwę można przetłumaczyć jako „Armia Buddy”, „Brygady Buddyjskie” albo „Buddyjska Siła”. Organizacja powstała w 2012 roku. Zapowiada duchowe odrodzenie buddyzmu. Jej lider, mnich Galagoda Aththe Gnanasara wielokrotnie opowiadał się przeciwko demokracji i ostrzegał przed muzułmańskim i chrześcijańskim fundamentalizmem, zarzucając przedstawicielom tych religii, że starają się nawracać Syngalezów. Mimo dominacji religii buddyjskiej w życiu publicznym BBS domaga się dla niej jeszcze większej roli.

Zawstydzający spektakl

Dwa lata temu, po wiecu współorganizowanym przez BBS, podburzeni przez Gnanasarę uczestnicy zaatakowali muzułmańskie osiedla, obrzucając domy kamieniami, paląc i plądrując sklepy. Wybuchły największe od lat starcia religijne, a żeby stłumić zamieszki trzeba było użyć gazu i wprowadzić godzinę policyjną. Bilans walk: kilka zastrzelonych osób i kilkadziesiąt rannych. Przy innej okazji prowadzony przez mnichów tłum obrzucił kamieniami meczet w Kolombo, domagając się jego przeniesienia. Agresywni buddyści demolowali też protestanckie kościoły. Galagoda Aththe Gnanasara był dwukrotnie aresztowany pod zarzutem wzniecania nienawiści religijnej i brania udziału w nielegalnych zgromadzeniach, podczas gdy jego zwolennicy otwarcie nawoływali do przemocy.

BBS przekonuje współwyznawców do bojkotu muzułmańskich sklepów i towarów, rozpowszechnia antyislamską propagandę w Internecie i grozi buddystom wiążącym się z wyznawcami innych religii.

Grupy pokojowo nastawionych wyznawców Dharmy dały znać o swoim niezadowoleniu, oskarżając BBS o kompromitowanie religii, która nie zaleca przecież używania przemocy. Nie podoba im się, że mnisi w szafranowych szatach wychodzą na ulice, wykrzykują nienawistne hasła i wdają się w przepychanki. Od poglądów radykałów odcina się też część kleru, która obawia się, że wizerunek buddyzmu jako religii pokoju, przebaczenia i umiarkowania zostanie raz na zawsze pogrzebany.

Anglojęzyczna gazeta „Sunday Observer” pisała o „zawstydzającym spektaklu z mężczyznami w żółtych szatach walczącymi na ulicach, wspinającymi się na barykady i ścierającymi się z policją”. Krytykowała też ignorancję działaczy BBS. Jeden z nich miał twierdzić, że Budda urodził się i żył na Sri Lance, choć istnieją twarde historyczne dowody na to, że pochodził z dzisiejszego Nepalu, a nauczał na terenie Indii. Zdaniem autorów propagowanie takich nauk szkodzi buddyzmowi.

Nirmal Dewasiri, historyk z Uniwersytetu w Kolombo, uważa, że  przyczyn konfliktu lankijskich buddystów z mniejszościami należy szukać w konkurencji o zasoby. Tłumaczył, że syngalescy biznesmeni są w większości antymuzułmańscy, bo wyznający islam konkurenci często radzą sobie na rynku lepiej od nich. Z kolei radykalni mnisi podgrzewają emocje, ponieważ do utrzymania swoich wpływów i państwowej ochrony potrzebują nowych wrogów. „Po wojnie powstała ideologiczna próżnia. Nastroje skierowane przeciwko Tamilskim Tygrysom nie mogły być już eksploatowane, pojawiły się więc slogany antymuzułmańskie” – uważa Dewasiri.

Przemoc w imię Buddy

Wróćmy do  rozmowy z Dilanthą Withanage, który nad filiżanką importowanej kawy wyjaśnia, dlaczego Syngalezi czują się mniejszością we własnym kraju. Bardzo chcę zrozumieć jego punkt widzenia.

Otóż właściwe mniejszości: hinduiści, muzułmanie i chrześcijanie, mogą liczyć na wsparcie swoich pobratymców z potężnych i ludnych państw takich jak sąsiednie Indie. Krajów podobnych kulturowo do syngaleskiej części Sri Lanki jest niewiele. Buddyzm therawada poza nią dominuje tylko w czterech miejscach: w Birmie, Kambodży, Laosie i Tajlandii. Jego wyznawców jest na świecie o wiele mniej, niż zagrażających im hinduistów i muzułmanów. „Tracimy naszą tożsamość, zewnętrzne siły próbują nas zniszczyć. Zaczęło się od kolonializmu, a dziś wykańcza nas globalizacja” – mówi Withanage. Wśród wrogich, niszczących gospodarkę, język i naród sił wymienia Zachód, komunistów, tamilską diasporę i islamskich ekstremistów.

Zdaniem mojego rozmówcy upadek narodowej kultury na Sri Lance widać na każdym kroku. Wskazuje na ulicę. „Widzi pan tu kogoś w tradycyjnym lankijskim stroju?” Za przeszkloną ścianą przechodnie w koszulkach polo, dżinsach, garniturach i spódnicach. Żadnego sari, żadnego sarongu. Withanage uśmiecha się ironicznie. „Dlaczego w tym klimacie mundurki szkolne składają się z krawatów, pełnych butów i skarpetek? Dlaczego ludzie jedzą ziemniaki, marchewkę i fasolę? Czy fasola jest lankijska? Dlaczego wyznacznikiem statusu jest znajomość angielskiego?” Swoje dzieci Withanage wysłał do dobrych szkół, w których uczą się po angielsku, ale przez to nie czytają poprawnie po syngalesku. „Zdaję sobie sprawę, że nie można cofnąć czasu o pięćset lat, ale musimy chronić nasze korzenie. Przydałaby się jakaś lista syngaleskich wartości i praktyk” – mówi.

Ochronie powinny jego zdaniem podlegać praktyki związane z buddyzmem, do którego Syngalezi mają szczególny stosunek. Wielu uważa go za religię narodową, a siebie samych za lud wybrany, zobowiązany do jej ochrony. „Od ponad dwóch tysięcy lat jesteśmy silnie związani z buddyzmem. To niemal rdzeń naszej tożsamości”  – wyjaśnia mi współzałożyciel Armii Buddy.

Pytam, czy przemoc nie jest w takm razie sprzeczna z syngaleską tożsamością. Jak usprawiedliwić agresywnych mnichów? Withanage tłumaczy, że na Sri Lance są ich dwa rodzaje. Pierwsi żyją z dala od miast, zajmują się głównie filozofią i medytacją, chcąc osiągnąć nirwanę. Drugi typ mnicha skupia się raczej na świecie zewnętrznym. Taki mnich jest aktywny politycznie, czasami na agresję reaguje agresją i czuje się zobowiązany do obrony narodowej kultury przed zagrożeniem. „Jak pan sądzi, którzy z nich praktykują prawdziwy buddyzm?”

Najpierw wzbraniam się przed odpowiedzią, ale w końcu mówię, że jeżeli buddyzm jest przede wszystkim filozofią, to pewnie ci pierwsi. „To prawda! Ale bez drugiego typu mnicha, który aktywnie walczy o przetrwanie buddyzmu nie będziemy mieli też tego prawdziwego!” Nie mogę uwierzyć własnym uszom. „Więc żeby obronić buddyzm trzeba złamać podstawowe buddyjskie zasady?”

Withanage przez chwilę milczy patrząc na zatłoczoną ulicę. Wreszcie odpowiada, że to filozoficzne pytanie. „Gdybyśmy zapytali o to Buddę, mógłby powiedzieć, że nie powinniśmy w ten sposób chronić naszych wierzeń i kultury. Ale ludzie czują, że warto je chronić.”

© Tomasz Augustyniak, 2016.

Ten tekst napisałem po kilku latach pracy w Azji Południowej. Jeżeli chcecie sprawdzić, co jeszcze tam robię  – możecie to zrobić tutaj.

O wojującym buddyzmie i innych cudach i dziwach Sri Lanki piszę więcej w mojej książce „Królestwo Buddy”

Zagraniczne dziennikarstwo wysokiej jakości wymaga nakładów. Jakich dokładnie? Trzeba pokryć koszty biletów lotniczych i transportu na miejscu, wiz, telefonów i innych środków łączności, środków do utrwalania obrazu i dźwięku i baterii, żeby niezbędna elektronika działała. W krajach dawniej zaliczanych do Trzeciego Świata praca korespondenta często wymaga też opłacenia prezentów i – mówiąc otwarcie – łapówek, bez których dotarcie do bohaterów jest często niemożliwe.

Oczywiście nawet o dalekiej zagranicy można pisać też bez kosztów: nie wstając zza biurka, na podstawie gotowych publikacji. Bez pojechania na miejsce, bez weryfikowania informacji, bez rozmowy z ludźmi. Niestety coraz częściej tak właśnie się robi. Ja tak nie chcę.

Wspierając „Królestwo Buddy” i inne moje przedsięwzięcia w Azji Południowej wspieracie uczciwie tworzone treści. Dajecie mi też energię do dalszego tworzenia „Monsunowych Historii” i pisania tekstów prasowych dobrej jakości.

Możesz śledzić Monsunowe Historie:

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *