Afrykanie w Indiach

Stereotypy, oszustwa, prześladowanie i agresja – z tym wszystkim muszą się mierzyć czarni ekspaci w indyjskich miastach.

Moje drugie indyjskie mieszkanie wynająłem od sympatycznej rodziny sklepikarzy, w znacznie spokojniejszym miejscu, niż poprzednie. Gospodarze mieli 15-letnią córkę, 10-letniego syna i labradora o imieniu Google. Najbardziej komunikatywna i skora do pomocy była córka, Muskaan. Tuż po mojej przeprowadzce powiedziała mi o wszystkich sklepach i innych ważnych punktach na osiedlu. Nauczyła mnie też, jak prawidłowo zamykać potężne drzwi wejściowe.

„Dla bezpieczeństwa zawsze używaj obu zamków. Musisz bardzo uważać, bo obok mieszkają czarnuchy”* – poradziła rzeczowym tonem, a mnie kompletnie zamurowało.

„Masz na myśli Afrykanów?” – wykrztusiłem po chwili. „No tak, czarnuchów” – powiedziała, jakby to był najwłaściwszy na świecie sposób na określanie czarnych. Nie miałem pojęcia, co jej powiedzieć. Do tematu już nie wróciliśmy.

Moi sąsiedzi z Konga okazali się bardzo spokojni i nikomu nie sprawiali najmniejszych problemów. Żałuję, że nie utrzymywaliśmy bliższych kontaktów – ciekawie byłoby skonfrontować doświadczenia jedynego Europejczyka i jedynych Afrykanów mieszkających w promieniu kilku kilometrów. Szybko zacząłem podejrzewać, że mogą być krańcowo różne.

Podobnie jak do mnie, do sąsiadów czasami wpadali znajomi. Którejś nocy, kiedy po imprezie odprowadzaliśmy koleżanki do taksówki, na spokojnej zazwyczaj ulicy zobaczyliśmy zbiegowisko. Samochód osobowy otaczała grupa kilkudziesięciu sikhijskich mężczyzn, wrzeszcząc i o coś się wykłócając. W aucie siedziało czterech czarnych, którym tłum nie pozwalał odjechać. Któryś z mężczyzn otworzył drzwi i próbował wyciągnąć kierowcę na zewnątrz. Najwyraźniej kierowca i pasażerowie, goście Kongijczyków, weszli w konflikt z którymś ze sklepikarzy, ale nikt na miejscu nie był pewien, o co dokładnie poszło. Szybko pojawili się policjanci, ale nie mogli sobie poradzić z tłumem. Koniec końców, zapakowali wszystkich Afrykanów do suki i odjechali.

Historia prawdopodobnie nie miała poważniejszych konsekwencji, ale niedługo później wydarzyło się coś, za sprawą czego przybysze z Afryki znaleźli się na pierwszych stronach gazet.

Wyprawa ministra

Jeden z ministrów rządu stanowego Delhi zorganizował ze swoimi współpracownikami nocną wyprawę do burdelu na osiedlu Khirki Village. Właściwie to do rzekomego burdelu, prowadzonego, jak twierdzili jego informatorzy, przez Ugandyjczyków i Nigeryjczyków. W dodatku nie zrobił tego dla przyjemności, tylko w odruchu moralnego wzmożenia. Oprócz współpracowników minister zabrał ze sobą ekipy telewizyjne i rozochocony tłum okolicznych mieszkańców. Widowiskowo pozbywając się tego przybytku, w blasku fleszy chciał zyskać kilka politycznych punktów.

Grupa weszła do mieszkania wynajmowanego przez trzy Ugandyjki. Groźbami i biciem kobiety zmuszono do oddania próbek moczu (późniejsze badania, wbrew oskarżeniom sąsiadów, nie wykazały obecności w nich narkotyków), a z opresji wybawiła je dopiero policja. Wokół ministra, który wziął prawo we własne ręce, rozpętała się burza – zwłaszcza, że kobiety poskarżyły się na bicie, groźby i molestowanie. Stopniowo tracił poparcie partyjnych kolegów, a dziś grozi mu kara.

Nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Na razie trzeba się było wybrać do Khirki Village i porozmawiać z ludźmi.

Ulica

Khirki Village leży przy dużej drodze przelotowej, naprzeciwko popularnej delhijskiej galerii handlowej. Od głównej ulicy oddziela ją małe wysypisko śmieci, ale za nim osiedle wygląda już zupełnie przeciętnie, poza tym, że jakieś 20 procent mieszkańców stanowią Afrykanie.

Niektórzy są drobnymi przedsiębiorcami, ale większość to studenci skuszeni dostępnością wiz i niskimi kosztami życia i edukacji – czasami dziesięciokrotnie mniejszymi, niż w ich rodzinnych krajach. Ale życie w Indiach jest trudniejsze niż samo dostanie się tam. Zwłaszcza kiedy ma się skórę ciemniejszą, niż wszyscy inni. W społecznym odbiorze Afrykanie to żadni tam studenci czy biznesmeni, tylko złodzieje, dilerzy narkotyków i prostytutki – wszyscy i wszystkie bez wyjątku.

”Nieźle na nich zarabiamy, ale czarnuchy są bezmyślne i nieuprzejme, poza tym imprezują i hałasują przez całe noce”

Indyjscy mieszkańcy osiedla nie uważali go za specjalnie niebezpieczne, ale nie utrzymywali kontaktów z czarnymi sąsiadami i na wszelki wypadek trzymali się z daleka od kilku ulic zamieszkiwanych przez „czarnuchów”. Górę wzięły uprzedzenia. Najbardziej na pieńku z Afrykanami mieli właściciele i agenci nieruchomości. W północnej części osiedla przestali im nawet wynajmować mieszkania. Aditya, jeden z agentów, powiedział mi, że od Afrykanów zwykle pobiera się stawki zawyżone nawet dwa razy. ”Nieźle na nich zarabiamy, ale czarnuchy są bezmyślne i nieuprzejme, poza tym imprezują i hałasują przez całe noce” – dodał. Osobiście nigdy nie miał z nimi kłopotów.

Laurence, tłumaczka z Francji, która mieszkała na osiedlu prawie dwadzieścia lat potwierdziła, że jej sąsiedzi nie cenią Afrykanów zbyt wysoko. „Wielu mieszkających tu Indusów pracuje w call centers, więc też mają nieregularne godziny pracy i też są głośni, ale obrywa się za to tylko czarnym. Niedawno mój dobrze wykształcony sąsiad powiedział, że czarni mają naturalną tendencję do zajmowania się nielegalnym biznesem, a ostatnio gdzieś wyczytał, że jeden z nich zjadł kierowcę autorikszy”.

Bar

Kathy, dwudziestokilkuletnia Nigeryjka, przyjechała do Delhi rok przed naszym spotkaniem. Kiedyś była zielarką i miała własną aptekę, ale w Indiach nie udało jej się znaleźć podobnej pracy. Ani żadnej innej. W wynajmowanym mieszkaniu, blisko hinduistycznej świątyni, zaczęła więc prowadzić zakonspirowany bar, tylko dla czarnych. Razem z koleżanką z redakcji dostaliśmy się tam dzięki poznanemu przypadkiem 42-letniemu Patrickowi, też Nigeryjczykowi.

„Jasne, że nie chodzimy do indyjskich pubów” – żachnął się zapytany o to Patrick. „Jeszcze nie oszalałem, nie chcę, żeby ktoś mnie pchnął nożem!”

„Im dłużej jestem w Delhi, tym mniej lubię Indusów. Nie są w niczym lepsi od nas, a traktują nas jak zwierzęta!”

Mieszkanie było ciasne – dwa pokoje z kuchnią – a w środku siedziało dziesięciu kolesi z Nigerii, Ugandy i Ghany. Nie wyglądali na grzecznych chłopców, ale byli już nieźle upaleni marihuaną, więc nie stanowili zagrożenia. W telewizji leciał zresztą mecz, europejska liga. Kathy wyciągnęła z lodówki zimne piwo. Kupiła je wcześniej w sklepie, a nigeryjskie jedzenie ugotowała sama. Wyjaśniła, że podobnych barów jest w okolicy wiele. Niektórzy właściciele muszą przekupować policjantów, żeby przymykali oczy na nielegalną sprzedaż alkoholu. Kathy przyznała tylko, że czasami przychodzą do niej coś zjeść.

„Trudno jest tu żyć, ludzie są do nas uprzedzeni” – powiedziała, stawiając na stole miskę z maniokowym fufu i mięso. Zaczęła narzekać, że wszyscy: kierowcy, handlarze i właściciele mieszkań oszukują i starają się wyłudzić od Afrykanów więcej pieniędzy niż od innych klientów. Do tego dochodzi stałe wyśmiewanie i poniżanie. Ją samą prawie codziennie zaczepiają na ulicy mężczyźni i pytają, za ile pójdzie z nimi do łóżka. Samo gapienie się to pestka! „To zabawne” – zaśmiał się nerwowo Patrick, chociaż wcale nie było mu do śmiechu. „Tutaj jest o wiele więcej indyjskich prostytutek niż afrykańskich”.

Patrick przyjechał do Indii zaledwie kilka miesięcy wcześniej, żeby zaopiekować się sparaliżowanym kuzynem, ale szybko założył biznes. Między Nigerią i Indiami zaczynała kwitnąć turystyka medyczna, więc postanowił załatwiać chętnym niezbędne formalności. „Im dłużej jestem w Delhi, tym mniej lubię Indusów. Nie są w niczym lepsi od nas, a traktują nas jak zwierzęta!”

Collin, jeden z chłopaków oglądających mecz, przysiadł się i stwierdził, że tutejsi zawsze atakowali Afrykanów. Ostatno widział wyrostków strzelających do afrykańskich kobiet z zabawkowych pistoletów, których normalnie używa się do odstraszania małp i gołębi. „W Nigerii mieszka milion Indusów. Traktujemy ich dobrze! A my tutaj musimy się bać, kilka osób już wyjechało, a pojawiły się plotki o przymusowych deportacjach. No i po aferze z ministrem ludzie czują, że wolno nas prześladować”.

***

Sytuacja w Khirki Village z czasem wróciła do chwiejnej równowagi, a większość ekspatów została. Tymczasem niektóre media zaczęły sugerować, że cała afera mogła być sprawką okolicznych agentów nieruchomości chcących doprowadzić do zwyżki czynszów, a więc i prywatnych zysków. Khirki, dzięki dobrej lokalizacji, mogłaby się stać bogatym osiedlem. Wielu Indusów byłoby gotowych płacić za wynajem więcej, gdyby tylko nie mieszkali tam czarni.

To, o czym piszę, to nie odosobniony na Gangesem przypadek rasizmu, tylko szerszy problem. Rasistowskie ataki zdarzają się często, a niektóre z nich kończą się bardzo źle. W zeszłym roku w drodze z imprezy został zamordowany kongijski student, wcześniej w delhijskim metrze pobito trzech Afrykanów. W Bangalore tłum zaatakował 21-letnią studentkę z Tanzanii i podpalił jej samochód w ramach zemsty za wypadek spowodowany przez Sudańczyka. Niektóre indyjskie media próbują wprawdzie pokazywać obraz życia czarnych studentów w jaśniejszych barwach, ale trudno usłyszeć od nich pozytywne historie, a dyplomaci i komentatorzy uważają, że rząd Narendry Modiego reaguje na rasizm zbyt słabo. Niektórzy doszukują się źródeł dzisiejszego rasizmu w zdelegalizowanym, ale ciągle podskórnie obecnym systemie kastowym, ale takie usprawiedliwienie bierności polityków nie wystarczy. Na razie mówi się o organizowaniu w strefach podwyższonego ryzyka sąsiedzkich spotkań indyjskich i afrykańskich lokatorów i kampaniach uczulających na różnice kulturowe i wzajemne potrzeby. Co dalej? Jak to w Indiach – co ma być, to będzie. Wszyscy zgodnie liczą, że do następnego kryzysu będą mieli święty spokój.

© Tomasz Augustyniak, 2017.

Ten tekst napisałem po kilku latach pracy w Azji Południowej. Jeżeli chcecie sprawdzić, co jeszcze tam robię  – możecie to zrobić tutaj. Możecie też wesprzeć Monsunowe Historie w zamian za nagrody i przyczynić się w ten sposób do rozwoju polskiego. niezależnego dziennikarstwa zagranicznego.

Możesz śledzić Monsunowe Historie:

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *