Indie – czy to kraj dla kobiet?

O atakach na kobiety w  Indiach chciałem napisać od dawna, ale wydawało mi się to zbyt trudne. Zmusiło mnie do tego wydarzenie sprzed kilku dni.

Moja koleżanka, Aparna, została napadnięta podczas spaceru w jednym z delhijskich parków. Ktoś ją zaczepił, uderzył cegłą w głowę i próbował wciągnąć w krzaki. Broniła się i krzyczała, więc napastnicy w końcu dali za wygraną. Leżącą w kałuży krwi znaleźli ją przechodnie. Ponieważ jest dziennikarką, o sprawie od razu zrobiło się głośno, a trwająca od dawna debata o bezpieczeństwie mieszkanek indyjskiej stolicy rozgorzała na nowo – bez specjalnego przełomu.

Ta konkretna historia kończy się dobrze: Aparna dochodzi do siebie i wkrótce wyjdzie ze szpitala, podejrzanych aresztowano. Niestety ani trochę nie zmienia to sytuacji innych kobiet w północnych Indiach, gdzie „słaba płeć” każdego dnia jest wystawiona na śmiertelne zagrożenie – i wcale nie ma w tym przesady.

Dziwne życie Delhijczyków

W Delhi mieszkałem przez dwa lata. Na początku nie mogłem się nadziwić, że nocą kobiety niemal znikały tam z ulic, a autobusami poruszały się tylko w towarzystwie członków rodzin. Zastanawiało mnie, po co w metrze oddzielny wagon przeznaczony tylko dla nich i dlaczego w korporacjach panuje zasada, że firmowe taksówki w pierwszej kolejności odwożą do domu zostające do późna w biurze pracowniczki, nawet jeśli to któryś z ich kolegów mieszka bliżej. Szybko zrozumiałem, w czym rzecz, chociaż docierało to do mnie dość powoli.

Pracowaliśmy w dwóch różnych redakcjach,  odległych od siebie o kilkaset metrów. Czasami po pracy wychodziliśmy na drinka, częściej –  na wspólne obiady do knajpy mieszczącej się w połowie drogi. Komentowaliśmy gorące newsy, dyskutowaliśmy o społeczeństwie, obyczajowości, polityce i podróżach. Aparna jest świetną rozmówczynią i mentorką i bardzo mi pomogła w zrozumieniu praw rządzących indyjską codziennością. Za każdym razem kiedy zaangażowany w dyskusję odprowadzałem ją do biurowych drzwi, powstrzymywała się od zwykłego przyjacielskiego uścisku i zachowując nienaturalny dystans wyciągała na pożegnanie otwartą dłoń. Nie chciała, żeby koledzy i koleżanki z pracy zaczęli na jej temat plotkować.

Ta scena wiele mówi o poziomie wolności przysługującej mieszkankom indyjskiej stolicy – nawet tym uprzywilejowanym: dobrze sytuowanym i świetnie wykształconym.  Wolno im znacznie mniej, niż mężczyznom. Od jednej ze znajomych usłyszałem nawet, że Indie to w praktyce równoległe rzeczywistości, dwa zupełnie różne kraje: jeden dla mężczyzn, drugi dla kobiet.

Indie otwarte kontra Indie zamknięte

Indie są tak wewnętrznie zróżnicowane, jak Europa. Nie są niebezpieczne w całości, ale kilka stanów na północy Indii jest znana z patriarchalnej kultury i fatalnego traktowania kobiet.

Na liście reprezentującej patriarchalne Indie wypada umieścić Pendżab, Harijanę, Uttar Pradeś, Bihar, Radżastan i górskie stany Himaćal Pradeś i Uttarakhand. We wszystkich tych regionach kobiety często są traktowane jak własność rodziny, skarb, który należy chronić i źródło dumy, która bardzo łatwo może się zamienić w hańbę. Zaczyna się to już w dzieciństwie. Dziewczynki zwykle trzyma się w domach, podczas gdy chłopcy mogą się swobodnie bawić na zewnątrz. Córki wychowuje się w przekonaniu, że mężczyźni są niebezpieczni i lepiej ich unikać.  Synów – że kobiety to bezbronne i niemądre stworzenia potrzebujące permanentnej kontroli. Wierzą w to tym łatwiej, że poza siostrami czy kuzynkami często nie mają szansy poznać żadnej rówieśniczki. Izolacja jest szczelna, nawet w nielicznych szkołach koedukacyjnych, które tu i ówdzie można spotkać w miastach, uczennice sadza się z jednej, a uczniów z drugiej strony sali. Światy kobiet i mężczyzn rzadko się ze sobą spotykają, a kiedy dochodzi do interakcji, żadna ze stron nie ma pojęcia, jak się do niej zabrać.

W Delhi Indie otwarte, tolerancyjne i liberalne przegrywają nierówną walkę z Indiami zamkniętymi, rasistowskimi i ksenofobicznymi. Życie jest tu zbyt niewygodne, zasoby zbyt szczupłe, tłumy zbyt gęste, żeby mogło być inaczej.

Indyjskie matki preferują chłopców, stąd aborcje żeńskich płodów i nadwyżka młodych mężczyzn w stosunku do kobiet. Wielu z nich, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, nie jest w stanie znaleźć sobie kandydatki na żonę. Do powszechnej frustracji natury ekonomicznej, o której można napisać niejeden tekst, dochodzi więc frustracja seksualna. Jej przejawy widać gołym okiem, nie tylko w statystykach pokazujących liczbę ataków motywowanych seksualnie. Słownej i fizycznej agresji w Delhi i w ogóle północnych Indiach jest dużo więcej niż choćby w Mumbaju. Widok facetów okładających się pięściami po sprzeczce na ulicy albo w komunikacji miejskiej nie należy do rzadkości. Swoje robi tutaj kultura macho natrętnie promowana w filmach akcji.

Z jakichś powodów mniejszy wpływ wywiera jednak na południu Subkontynentu. „Na południe od Madhya Pradeś kobietom wolno więcej, a siedem stanów na wschodzie jest wręcz matriarchalnych” – powiedziała mi Prerna Sodhi, reporterka i fotografka, która dużo podróżuje po kraju. Jej zdaniem problem przemocy wobec kobiet prawie nie istnieje np. w Kalkucie w Bengalu Zachodnim czy w Pune w stanie Maharasztra, a one same cieszą się dużo wyższą pozycją społeczną, niż na północy.

Niemal 20-milionowe Delhi to miasto przyjezdnych. Znaczna część jego mieszkańców jest potomkami imigrantów z dzisiejszej pakistańskiej prowincji i nuworyszami z okolicznych wsi, którzy odsprzedawszy ziemię deweloperom z dnia na dzień się wzbogacili i przenieśli do miasta. Jest też mnóstwo biednych przybyszy z otaczających je stanów Harijana i Uttar Pradeś, a także odleglejszych, takich jak Bihar. To zwykle ludzie, którzy w rodzinnych wsiach przymierali głodem, a do wielkiego miasta przyjechali w poszukiwaniu najprostszych zajęć. Jest i przeciwstawny biegun: w stolicy żyją międzynarodowi ekspaci i pracujący dla korporacji przybysze z odległych regionów kraju. Style życia tych grup bardzo się od siebie różnią: od skrajnie konserwatywnego i patriarchalnego, do względnie liberalnego i wielkomiejskiego. W Delhi, mimo jego rozmiarów, Indie otwarte, tolerancyjne i liberalne przegrywają nierówną walkę z Indiami zamkniętymi, rasistowskimi i ksenofobicznymi. Życie jest tu zbyt niewygodne, zasoby zbyt szczupłe, tłumy zbyt gęste, żeby mogło być inaczej.

Taki ogólny obraz kraju wystarczy jako tło historii o atakach na kobiety, które – jak można by sądzić – w ostatnich latach z niejasnych przyczyn zaczęły się mnożyć w indyjskich miastach.

Gwałt, który zmienił Indie

16 grudnia 2012 roku sześciu mężczyzn, nie mając nic lepszego do roboty, jeździło po Delhi skradzionym autobusem. Wcześniej wspólnie pili i zdążyli obrabować przypadkowego przechodnia. W dzielnicy Saket nastąpiło zderzenie kultur, które na co dzień poruszają się po dwóch osobnych torach.

Było wpół do dziesiątej wieczorem. Z filmu „Życie Pi” w pobliskim centrum handlowym wracała para: 23-letnia Jyoti Singh i jej znajomy. Zwabieni przez jednego z mężczyzn wsiedli do prywatnego autobusu licząc, że dotrą nim do domu. Zaczęły się słowne zaczepki: co dziewczyna robi tak późno w nocy z mężczyzną, który nie jest ani jej bratem ani mężem? Co chłopak sobie w ogóle wyobraża? Po krótkiej wymianie zdań on został pobity do nieprzytomności, a ona zaciągnięta do tyłu pojazdu i zgwałcona. O szczegółach tego bestialskiego gwałtu, połączonego z torturami, nie będę się rozwodził. W końcu para została wyrzucona z autobusu gdzieś przy drodze i tam znaleziona przez przechodniów. Chłopak przeżył. Dziewczyna, okrzyknięta przez media Nirbhayą – nieustraszoną – po dwóch tygodniach zmarła w szpitalu.

Przedstawiciele elit zrozumieli, że taka historia mogła się równie dobrze przydarzyć ich znajomym, krewnym albo im samym, więc podnieśli larum.

Wiele razy rozmawiałem o tej i podobnych sprawach z reporterkami działu miejskiego, które opowiadały, że  – choć trudno to sobie wyobrazić –  w stolicy dochodziło do jeszcze straszniejszych ataków na kobiety, o których albo nie pisano w ogóle albo w kilku lakonicznych zdaniach skleconych na podstawie policyjnych raportów. Dlaczego? Ich ofiary były biedne i należały do niskich kast.

Przypadek Nirbhai był inny: była studentką i wracała z zachodniego filmu w popularnym wśród członków klasy średniej centrum handlowym. Wiodła więc życie takie, jak tysiące młodych, wykształconych mieszkańców Delhi – tych bogatszych, pracujących w ważnych urzędach, korporacjach, w organizacjach pozarządowych i mediach. Przedstawiciele elit zrozumieli, że taka historia mogła się równie dobrze przydarzyć ich znajomym, krewnym albo im samym, więc podnieśli larum.

Liczba zgłaszanych gwałtów wzrosła dwukrotnie, przypadków molestowania – sześciokrotnie. Utworzono specjalny sąd zajmujący się takimi sprawami i ustalono kary za uporczywe nękanie i voyeryzm. Za szczególnie brutalne gwałty wprowadzono karę śmierci, a proces szóstki oskarżonych w sprawie Nirbhai stał się pokazowy. W mgnieniu oka przybyło też medialnych informacji o atakach na kobiety.

Jako redaktor pracowałem czasem nad takimi tekstami przysłanymi z terenu. Czteroletnia dziewczynka zgwałcona przez kierowcę szkolnego autobusu, dwudziestoletnia kobieta i jej matka przez członka rodziny, trzydziestolatka przez nieznanych sprawców – wszystkie te historie w ledwie kilku zdaniach, w jednym, krótkim tekście, bo na więcej brakowało miejsca. Podobne notki można było znaleźć w gazetach i w sieci każdego dnia. Na falę zareagowali oczywiście zagraniczni korespondenci, więc odbiorcy światowych mediów mogli mieć wrażenie, że ni z tego, ni z owego nad Gangesem doszło do erupcji przemocy wobec kobiet, która tak naprawdę była tam obecna od dawna.

To jak z tym bezpieczeństwem?

Na pustyni w Radżastanie spotkaliśmy kiedyś turystkę z Meksyku. Zwiedzała Indie sama z wynajętym kierowcą i nic w jej wyglądzie i zachowaniu nie odpowiadało temu, czego w tych stronach oczekuje się od młodych kobiet. Miała całkiem odkryte ramiona, duży dekolt, a jej szorty pełniły raczej rolę symboliczną niż użytkową. Podróżowała tak już od paru tygodni i nie czuła się w najmniejszym stopniu zagrożona. Florence, francuska tłumaczka, która mieszkała samotnie na osiedlu w Delhi uznawanym za nienajlepsze, jako stała mieszkanka, ubierała się „po indyjsku” i unikała wychodzenia po zmroku.

„Zwykle staram się wracać do domu wcześnie albo proszę kogoś, żeby po mnie przyjechał. Nie zapuszczam się tam, gdzie nie czuję się bezpiecznie. Z jednej strony to frustrujące, z drugiej – to lepsze niż dać zrobić sobie krzywdę” – powiedziała mi Prerna Sodhi, która mieszka w Delhi od dziesięciu lat.

Zdarzało mi się samotnie chodzić po ulicach miasta bardzo późno w nocy. Nigdy nie czułem się bezpośrednio zagrożony, chociaż portfel, owszem, straciłem dwa razy. Za trzecim niedoszłego złodzieja telefonu udało mi się dosłownie złapać za rękę. Różnica między mną a moimi koleżankami polegała na tym, że podczas kiedy ja ryzykowałem portfelem, one – zdrowiem i życiem. Nie warto.

Krótki poradnik dla kobiet: jak się uchronić przed napaścią?

  1. Nie podróżować samotnie nocą.

  2. Unikać nieznanych miejsc.

  3. Nosić ze sobą gaz.

  4. Być w ciągłym kontakcie ze znajomymi.

  5. W razie ataku – głośno krzyczeć, wysokim, kobiecym głosem [lub użyć gwizdka].

Żeby zachować bezpieczeństwo w konserwatywnych częściach subkontynentu indyjskiego, potrzeba dobrej znajomości kultury, pewnej dozy otwartości, ale także ostrożności i zwyczajnego szczęścia. Może się zdarzyć, że na swojej drodze spotkacie wyłącznie życzliwych i dobrych ludzi. Jako osoby z innego kręgu kulturowego będziecie mogły też liczyć na sporą taryfę ulgową. Ale co do zasady odradzam kobietom samotne podróże po Indiach – zwłaszcza po ich północnej części.

© Tomasz Augustyniak, 2017.

Edit: Po publikacji tego wpisu dostałem wiadomości od kobiet, które podróżowały po Indiach w pojedynkę i w żadnym momencie nie czuły się zagrożone. Jedna z czytelniczek napisała, że być może powinienem był zatytułować tekst „Delhi – czy to miasto dla kobiet?” zamiast pisać ogólnie o całym kraju. Chociaż podróżowałem po wielu regionach Indii to mieszkałem w Delhi i na pewno przyjąłem tamtejszą perspektywę. Jak wspomniałem wyżej, trochę inaczej wygląda życie w bardziej kosmopolitycznym Bombaju, w którym też spędziłem trochę czasu, a poziom bezpieczeństwa na południu jest wyższy od tego na północy. Mimo wszystko wiele moich znajomych, nie tylko tych mieszkających w indyjskiej stolicy, mówiło, że dyskomfort i zagrożenie w miejscach publicznych czują prawie codziennie. Może to kwestia prywatnej wrażliwości, ale mamy grupę osób, która uważa, że problem jest, więc warto to wziąć pod uwagę.

Ten tekst napisałem po kilku latach pracy w Azji Południowej. Jeżeli chcecie sprawdzić, co jeszcze tam robię  – możecie to zrobić tutaj. Możecie też wesprzeć Monsunowe Historie w zamian za nagrody i przyczynić się w ten sposób do rozwoju polskiego. niezależnego dziennikarstwa zagranicznego.

Możesz śledzić Monsunowe Historie:

1 Comment

  1. Wydaje mi się że jest to trochę przedstawiony krzywdzący obraz Indii. Sam mieszkam w tym kraju od ponad 3 lat. Od tego tragicznego momentu, gwałtu po rok dzisiejszy zrobiono wiele, any kobiety mogły się czuć bezpiecznej. Społeczeństwo jest o wiele bardziej wyczulone np. ostatnio zamawiałem taxi Ola i kierowca nie potrafił dojechać do mojej lokalizacji więc musiałem go pokierować. W międzyczasie moja znajoma, induska, czekała sama na mnie na ulicy. W tym czasie parę osób podchodziło do niej i pytało ją czy nie potrzebuje pomocy. Owszem zdarzają się przypadki jak wydarzenie na Mg road w Bangalore, gdzie konserwatywni politycy wypowiadali się że za wydarzenia były odpowiedzialne kobiety, które chciały być ubrane jak na zachodzie, ale te słowa wywołały ogromną krytykę stacji telewizyjnych, gazet i mieszkańców. Warto też zaznaczyć, że Indie północne vs Indie południowe to kompletne dwa różne światy, gdzie północ jest znacznie bardziej konserwatywna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *