„Baahubali” czyli o zmierzchu Bollywood

To indyjska odpowiedź na „Grę o tron”, a dla mieszkańców drawidyjskiej części kraju narzędzie do walki z dominacją indoaryjskiej północy.

Z zakurzonej i zatłoczonej ulicy wszedłem do budynku i windą wjechałem na drugie piętro. Zazwyczaj pełna o tej porze siłownia świeciła pustkami, a filmowe kawałki w hindi i po tamilsku płynęły z głośników ciszej niż zwykle. Oprócz dwóch instruktorów na sali była jedna osoba. Rozejrzałem się i zdziwiony zapytałem, czy może trwa jakieś święto, które przegapiłem i z którego powodu prawie nikt się nie zjawił. Okazało się, że nie żadne święto, tylko premiera. Wszyscy tamilscy bywalcy siłowni byli w kinie, do którego właśnie wszedł „Baahubali 2”.

Wyludnione siłownie to najmniej zauważalny efekt manii, która ogarnęła subkontynent indyjski z przyległościami. W Bangalore pierwsze weekendowe seanse filmu odbywały się już o 4 rano, a właściciele kin trzykrotnie zawyżyli ceny biletów. W Hajdarabadzie przed kasami tworzyły się kilometrowe kolejki. W innych miastach stanów Andra Pradeś i Telangana fani ustawili przed kinami ogromne kartonowe podobizny głównego bohatera superprodukcji, a niektórzy zaczęli odprawiać przed nimi rytuały zarezerwowane dla posągów hinduskich bogów.

Baahubali (dosłownie: Silnoręki) bije rekordy popularności. W pierwsze dziesięć dni od premiery zarobił 10 mld rupii (prawie 600 mln zł), przy budżecie 2,5 mld. Szaleństwo rozpętało się wszędzie tam, gdzie dociera indyjska kinematografia, ale dla mieszkańców południa Subkontynentu „Baahubali 2” to coś więcej niż kolejny kinowy hit.

Dlaczego południowe Indie tak go pokochały?

Dobra historia

Opowieść, którą wymyślili reżyser S.S. Rajamouli i autor scenariusza K. V. Vijayendra Prasad, korzysta z dobrze znanych archetypów, ale układa je na nowo. Rozgrywa się w fikcyjnym królestwie Mahishmati, w którym przez pokolenia toczą się dynastyczne potyczki o tron. Jest w niej okrutny uzurpator-megaloman i szlachetny prawowity władca, odznaczający się dobrym sercem i pokaźnymi mięśniami. Są krwawe intrygi, miłość, zazdrość i wojna. Pojawia się też cudownie ocalony, zaginiony dziedzic,

Opowieść o Bahubalim bardziej przypomina starożytny epos bohaterski niż jedną z popularnych indyjskich siekanek

W pierwszej części znajda Shivudu dociera na obrzeża Mahishmati i zakochuje się w wojowniczej Avantice, która wraz z grupą partyzantów zamierza uwolnić Devasenę, dawną królową więzioną przez uzurpatora. Shivudu postanawia dołączyć do przedsięwzięcia. Kiedy po wielu perypetiach wykonuje zadanie i zabija syna nieprawego władcy, niewolnik Kattappa rozpoznaje w nim Mahendrę, potomka prawowitego króla. Mahendra usłyszy dzieje życia i śmierci swojego ojca Amarendry i zdecyduje, co zrobić z utraconym dziedzictwem.

Dalszy ciąg historii ani przez chwilę nie nuży. Opowieść o Bahubalim bardziej przypomina starożytny epos bohaterski niż jedną z popularnych indyjskich siekanek o dobrym macho, który musi obić wiele twarzy i rozbić prawie tyle samo samochodów, żeby uratować chore dzieci. To, co w filmach o policjantach i złoczyńcach, takich jak tegoroczny „Singam 3” razi, tutaj jest zupełnie na miejscu. Teksty pieśni wychwalających Baahubalego („Ten, który nosi księżyc w koronie”, „równy bogom” itd.) mogłyby uchodzić za fragmenty Ramajany, Eposu o Gilgameszu albo Iliady. Bohaterami kierują powinności Dharmy, a niektóre z mrocznych scen, choćby ta, w której Królowa Matka dowiaduje się o śmierci Amarendry, mają prawdziwie szekspirowski potencjał.

W czasach kinematografii masowo produkującej nietrzymające się kupy buble starannie napisany scenariusz z wciągającą intrygą, ozdobiony w dodatku dobrą muzyką i scenami zbiorowymi to diament. Wielu krytyków uważa, że w produkcji kiepskich filmów przoduje dziś Bollywood i to tamtejszych producentów zawstydził „Baahubali”.

Regionalna duma

Oba filmy serii powstały nie w Mumbaju, siedzibie Bollywood, tylko w konkurencyjnym ośrodku na południu kraju. Nie w pochodzącym z północy języku hindi, tylko po tamilsku i w telugu. Zwolennicy mniej znanych centrów indyjskiego kina, w Ćennai (Madrasie), Hajdarabadzie i Kalkucie, od dawna uważają, że tamtejsze filmy nie zbierają zasłużonych laurów tylko z powodu systemowej dominacji przemysłu z Mumbaju. Wśród kinomanów można usłyszeć opinie, że obrazy spoza Bollywood często biją je na głowę w dziedzinie aktorstwa, choreografii i pod względem jakości scenariuszy. Jednak do niedawna najdroższe i największe indyjskie produkcje powstawały w bombajskich wytwórniach. Zmieniła to dopiero pierwsza część „Baahubali”.

Fani z drawidyjskiego południa subkontynentu są w ekstazie i nazywają dzieło Rajamoulego indyjską odpowiedzią na „Grę o tron”, a przy okazji widzą w nim oręż do walki z dominacją indoaryjskiej północy i jej wszechobecnego języka.

Podział na północną i południową część (oprócz innych podziałów) jest w Indiach bardzo silny i często frustrujący, zwłaszcza dla tych z południa. Mieszkańcy stanów Tamil Nadu, Karnataka, Kerala, Andra Pradeś i Telangana narzekają głównie na natrętne promowanie języka hindi, w którym powszechnie mówi się tylko w kilku regionach na północy. Zwłaszcza Tamilowie mają długą tradycję oporu przeciwko narzucaniu im obcej kultury.

Gdy gość z Tamil Nadu odwiedza sklep w Delhi, wszyscy oczekują, że będzie znał i mówił w hindi. Kiedy mieszkaniec północy odwiedza sklep w Ćennai, oczekuje, ze właściciel będzie znał hindi i rozmawiał z nim w tym języku

Kiedy kilkadziesiąt lat temu twórcy pierwszej indyjskiej konstytucji próbowali nadać hindi status jedynego oficjalnego języka kraju i wyrugować urzędowy angielski, większości Indusów było to nie w smak. Mniej niż połowa z nich używała tego języka na co dzień. W Tamil Nadu wybuchły masowe studenckie protesty, które szybko przerodziły się w zamieszki z policją i oddziałami paramilitarnymi. W starciach zginęło kilkadziesiąt osób, a problem udało się rozwiązać dopiero oficjalną obietnicą, że angielski będzie używany tak długo, jak obywatele będą tego oczekiwali. Ostatecznie w 1967 roku rząd Indiry Gandhi wprowadził stałą politykę dwujęzyczności.

Od tamtej pory kulturowy spór przybiera mniej agresywne formy, ale regularnie odżywa – zwłaszcza wtedy, kiedy rząd próbuje przeforsować  zmiany w szkolnictwie, które zdaniem Tamilów nadmiernie promują kulturę rodem z Delhi i jej języki. Poza hindi i podobnym do niego urdu zalicza się do nich klasyczny sanskryt. Kilka tygodni temu dyskusję wzbudziła wymiana anglojęzycznych napisów przy autostradach na napisy w hindi, a debata o językowej nierówności trwa w mediach społecznościowych. „Gdy gość z Tamil Nadu odwiedza sklep w Delhi, wszyscy oczekują, że będzie znał i mówił w hindi. Kiedy mieszkaniec północy odwiedza sklep w Ćennai, oczekuje, ze właściciel będzie znał hindi i rozmawiał z nim w tym języku” – głosi jeden z internetowych memów. Może to z powodu zadawnionych sporów triumfującym południowoindyjskim trollom trudno przełknąć krytyczne opinie na temat najnowszego kinowego hitu.

Pochwała hinduskich wartości

Krytyczka filmowa Anna Vetticad zobaczyła w nim pochwałę maczyzmu, elityzmu i hierarchii kastowej. W odpowiedzi internauci okrzyknęli ją komunistką i „chryslamistką” nienawidzącą hinduizmu. „Oglądanie filmu, który sławi hinduizm zamiast mieszać go z błotem to dla niej tortura” – napisał jeden z użytkowników Twittera. „[Baahubali] to odpowiedź na wszystkie bollywoodzkie gnioty. Każdy hinduista powinien to obejrzeć i doświadczyć prawdziwej hinduistycznej i indyjskiej opowieści” – napisał inny.

Ale Vetticad ma sporo racji. W dobrej skądinąd opowieści faktycznie można się doszukać promowania systemu kastowego, mizoginii i przemocy, a nawet rasizmu. W świecie Baahubaleo jedną z najważniejszych męskich zalet są mięśnie, niewolnicy, choćby najszlachetniejsi, pozostają niewolnikami, a przedstawiciele dzikiego plemienia zagrażającego królestwu mają stereotypowo ciemną skórę. Chwalona za choreografię scena walki, w której główny bohater stopniowo rozbiera przeciwniczkę, może być uznana za seksistowską. Z drugiej strony w obu częściach filmu występują aż trzy pierwszoplanowe, silne postaci kobiece (wojownicza Avantika, księżniczka Devasena – mistrzyni łuku i potężna, despotyczna władczyni Sivagami).

Fakt, Baahubali popełnił kilka grzechów powszechnych w indyjskim kinie i nie zerwał z tamtejszym standardowym, maczystowskim wizerunkiem mężczyzny, ale realia świata, w którym żyje w pełni to uzasadniają. Zresztą czego się nie wybacza herosowi?

Bijąc rekordy nie tylko na drawidyjskim południu, ale też (w wersji z dubbingiem) robiąc furorę na północy i zagranicą „Baahubali” udowodnił, że dobra historia obroni się zawsze, a w filmowym biznesie nikt nie jest niepokonany. Jeżeli reżyser z Hajdarabadu i ekipa z Tamil Nadu tym samym podnieśli swoim konkurentom poprzeczkę odrobinę wyżej, to widzowie tylko na tym skorzystają. A jeśli przy okazji będzie to oznaczało upadek mitu Bollywood? Umarł król, niech żyje król!

© Tomasz Augustyniak, 2017.

Ten tekst napisałem po kilku latach pracy w Azji Południowej. Jeżeli chcecie sprawdzić, co jeszcze tam robię  – możecie to zrobić tutaj. Możecie też wesprzeć Monsunowe Historie w zamian za nagrody i przyczynić się w ten sposób do rozwoju polskiego. niezależnego dziennikarstwa zagranicznego.

Możesz śledzić Monsunowe Historie:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *