Hambantota: marzenie prezydenta

Lotnisko wyglądało na starannie zabezpieczone i opuszczone w obawie przed jakąś spodziewaną klęską. Na równej jak stół drodze dojazdowej nie spotkaliśmy żadnego innego samochodu, a wokół nie było widać nikogo. Tylko strażnik, który podniósł przed nami szlaban sprawiał wrażenie, że jest na swoim miejscu.

Zatrzymaliśmy się przed wejściem do terminalu i przez nikogo niezatrzymywani weszliśmy do środka.

W sterylnie czystym i idealnie pustym holu nasze kroki odbijały się echem, a towarzyszący mi dwaj menadżerowie państwowej sieci supermarketów robili po drodze zdjęcia telefonami. Wszystko lśniło nowością. W powietrzu unosił się zapach detergentu bijący od marmurowego posągu Buddy, który minęliśmy po drodze. Nie spodziewaliśmy się tłoku, ale pozamykane sklepy wolnocłowe, martwe ekrany przy stanowiskach do odprawy bagażowej i echo wskazywały, że byliśmy jedynymi gośćmi.

Młoda kobieta w morskim sari, która stała za blatem recepcjonisty, spojrzała na nas pytająco. Podeszliśmy. Z krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się, że tego dnia rano z samolotu, który przyleciał z Dubaju wysiadło pięciu pasażerów. Reszta o wpół do ósmej poleciała dalej, do Kolombo. Formalności przebiegły sprawnie, tylko na taksówkę podróżni musieli poczekać, bo kierowcom nie opłaca się stać tutaj na miejscu. „Jutrzejszy lot właśnie odwołano” – recepcjonistka poinformowała z profesjonalnym uśmiechem.

Port lotniczy imienia Mahindy Rajapaksy w Matalle niedaleko Hambantoty był ewidentnie niedoceniony przez przewoźników.

Twarz

Po raz pierwszy na Sri Lankę przyleciałem z Delhi, gdzie wtedy pracowałem. Na wyspie panowała jeszcze powojenna euforia. Po trwających ćwierć wieku walkach rządowe wojsko zmiażdżyło Tamilskie Tygrysy, jedną z najbardziej fanatycznych armii partyzanckich świata, która chciała utworzyć własne państwo na północy i wschodzie. Za ojca sukcesu powszechnie uważano prezydenta Mahindę Rajapaksę.

Jego pierwszy, słusznych rozmiarów portret wisiał już w hali przylotów. Przedstawiał wyglądającego na pięćdziesiąt lat mężczyznę o gęstych, czarnych wąsach i szorstkim typie urody. Miał na sobie białą tunikę z bordowym szalem i uśmiechał się od ucha do ucha. Od tamtej pory jego twarz była niezmiennym elementem krajobrazu: cały kraj był oblepiony plakatami z wizerunkiem prezydenta. Ci, którzy mu nie sprzyjali zaczęli nawet mierzyć dystanse liczbą bilbordów z portretami, które trzeba minąć, żeby dotrzeć do celu.

Po wojennym zwycięstwie o prezydencie zaczęto układać pieśni, przedstawiać go na banknotach i łukach triumfalnych. Mahinda, nazwany tak po półlegendarnym mnichu, który dwa tysiące trzysta lat temu zaczął nauczać na wyspie buddyzmu, był bohaterem narodowym.

Przy autostradzie propagandowe bilbordy. „Najlepsze życzenia dla prezydenta”, „Nasz azjatycki lew” – głosiły hasła

„Jesteś Słońcem i Księżycem, który rozpędził strach i będzie rządził chwalebnym jutrem” – głosiło hasło na plakatach podczas uroczystości re-inauguracji prezydenta Rajapaksy. Z tej okazji przygotowano największe na świecie mleczne ciasto ryżowe i sprowadzono orszak wojska, tancerzy i bębniarzy. Przywódca oglądał okręty wpływające do budowanego portu, a w przemówieniach nazywano go wielkim drzewem, w którego cieniu naród znajdzie schronienie i za którego sprawą Sri Lanka stanie się cudem Azji. Nazywano go też obrońcą zagrożonego na wyspie buddyzmu, a jedna z pieśni porównywała Rajapaksę do starożytnych władców i wprost nazywała bogiem.

Lądując w Kolombo jeszcze o tym wszystkim nie wiedziałem, więc wszechobecność twarzy Rajapaksy trochę mnie zaskoczyła. Prowadzeni szlakiem portretów prezydenta dotarliśmy z przyjaciółmi do Kandy – miasta u podnóża gór znanego ze swojego kompleksu świątynnego, w którym przechowuje się replikę najświętszej tutejszej relikwii – Zęba Buddy. To miejsce szczycące się długą historią, wspaniałą kulturą i tradycją oporu przeciwko kolonizatorom. I to tam po raz pierwszy przeczytałem o cudach dziejących się w leżącej na południowowschodnim wybrzeżu Hambantocie. „Dzięki wybitnym zdolnościom prezydenta ma tam powstać druga stolica kraju” – zapowiadał rządowy dziennik. Właśnie budowało się największe lotnisko, port morski i inne cuda: międzynarodowe centrum konferencyjne, nowoczesny stadion krykietowy i wioska filmowo-telewizyjna. A to nie wszystko, bo jeszcze ogród botaniczny i nowiutkie drogi ekspresowe.

Żeby dotrzeć do Hambantoty w rozsądnym czasie trzeba było wynająć tuk-tuka i przez cały dzień jechać przez góry. Komunikacja publiczna nie była zbyt dobra, bo miasto leżało na uboczu, ale nic nie mogłem poradzić, musiałem jechać. Już nie interesowało mnie święte miasto, już czekały chłodne góry, już wiatr podrywał kartki notesu!

Miasto prezydenta

Hambantota okazała się zapadłą dziurą.

W zapuszczonym porcie rybackim bujały się łodzie, a obok małego dworca autobusowego stały domy z dachami krytymi blachą, eternitem i sypiącą się dachówką. Wszedłem do pierwszej z brzegu jadłodajni i zamówiłem smażony ryż. Od właściciela dowiedziałem się, że miasteczko jest zaludnione  – pół na pół – przez buddystów i muzułmanów, w sumie dziesięć tysięcy dusz. Gdyby nie przygotowujący się do połowów rybacy i tranzytowy ruch pasażerski, trudno byłoby je podejrzewać nawet o tyle.

Byłem w sporym kłopocie. Z kim tu rozmawiać? Gdzie szukać cudów, o których przeczytałem? Niepewny, co dalej, mimo skwaru zacząłem snuć się po targu rybnym i oglądać kutry. Tak poznałem Chutiego. Kiedyś napiszę o nim więcej – był oczywiście rybakiem, ale zwiedził kawał świata, a jego uśmiech i wąsy sprawiały, że momentami przypominał Freddiego Mercury’ego. To on został moim pierwszym przewodnikiem po południu Sri Lanki.

„Ci nasi politycy mają się za królów” – mówił kręcąc sceptycznie głową. Po tsunami nie pozwolili rybakom odbudować chat na plaży, blisko portu i trzeba się było przenieść do nowych domów w dżungli. Teraz jest plan, żeby przesiedlić całe miasteczko, a tutaj, w centrum, wybudować hotele. Na razie po drugiej stronie cypla zaczęli budować port, ale ludzie nic z tego nie mają, pracy jak nie było, tak nie ma. Większość robotników to Chińczycy, a nieliczni Lankijczycy to przeważnie ludzie z Tangalle, rodzinnych stron prezydenta.

I tak kręciliśmy się po Hambantocie. Trafiliśmy do martwego portu i obejrzeliśmy stojące kilka kilometrów od miasteczka centrum konferencyjne, które – jak głosiła plotka – prezydent miał lada dzień odwiedzić. Widzieliśmy nowiutki, ale zamknięty i pilnowany przez wojsko stadion. Środkiem pustej autostrady poszliśmy w stronę kompleksu administracyjnego i domów rybaków. Jeszcze dwa lata temu w miejscu autostrady rosła dżungla i nocą nadal przychodzą dzikie słonie, powiedział Chuti. Niedawno zabiły dwóch wieśniaków z okolicy, więc po zmroku lepiej się tu nie zapuszczać.

Przy autostradzie propagandowe bilbordy. „Najlepsze życzenia dla prezydenta”, „Nasz azjatycki lew” – głosiły hasła. Inne mówiły o budowie na Sri Lance raju i lepszym jutrze dla młodych. Wszędzie samoloty, wieżowce i zdjęcia z budowy portu. Wszędzie postać prezydenta.

Niech turyści nie dadzą się zwieść cienką warstwą luksusowego lukru: Sri Lanka to biedny i mały kraj, którego mieszkańcy bardzo potrzebują bogactwa i wielkości

We własnej osobie Rajapaksa rzadko zatrzymywał się w Hambantocie. Może dlatego, że nie miał czasu, a może miasto nie spełniało jego oczekiwań. Kiedy już się tu pojawiał, zatrzymywał się w hotelu „Paw” – jedynym przybytku zasługującym na miano hotelu z prawdziwego zdarzenia. Miał stamtąd dobry widok na cypel, na którym leży centrum miasteczka. Mógł do woli fantazjować o uczynieniu z tego miejsca drugiej stolicy: o wieżowcach, promenadach, luksusowych hotelach i innych cudach, które widział podczas wizyt w obcych krajach. Mógł myśleć, jak uczynić mieszkańców szczęśliwymi i bogatymi. Ponieważ zaś był prezydentem, a chwilowo oznaczało to władzę niemal absolutną, marzenia przekuwał w plany realizowane przez ekipy budowlane.

Spędziłem później trochę czasu w jego rodzinnych stronach. Zabite deskami wsie są tam zaludnione przez chłopów o topornej urodzie i potężnych barach. W interiorze gruntowe drogi biegną wśród jasnozielonych pól ryżowych, rozlewisk i kokosowych lasków. Bosi rolnicy w kolorowych sarongach jeżdżą traktorkami do miasteczek, żeby zrobić zakupy i załatwić sprawunki. Wieje nudą.

Dużo później, już po przegranych wyborach, spotkałem się z prezydentem Rajapaksą w Tangalle. „Musi pan pojechać do Hambantoty” – to było pierwsze, co od niego usłyszałem po wymianie standardowych uprzejmości. Odpowiedziałem, że owszem, byłem. „Widział pan cały ten rozwój?” – zapytał z nadzieją i dumą w głosie.

W czasie długiej wojny Sri Lanka gospodarczo stała w miejscu, gdy okoliczne kraje parły naprzód. Większość dochodów państwa szła na sprzęt wojskowy, a najambitniejsi Lankijczycy uciekali, kiedy tylko nadarzała się okazja. Niech turyści nie dadzą się zwieść cienką warstwą luksusowego lukru: Sri Lanka to biedny i mały kraj, którego mieszkańcy bardzo potrzebują bogactwa i wielkości.

Znalazł się na to sposób: z pomocą przyszli Chińczycy. Najpierw pomogli finansowo w zakończeniu wojny, a później dostali pozwolenia na budowę wieżowców w Kolombo, kontrakty na drogi, porty, elektrownie i lotnisko. Dzięki wysokooprocentowanym pożyczkom z Pekinu prezydent Sri Lanki mógł zarządzić rozwój kraju i podźwignąć rodzinne południe z małości do wielkości. Rósł nie tylko kraj, rósł też dług.

Strzeżcie się słoni

Po otwarciu port w Hambantocie zaczął przynosić ogromne straty – na jego utrzymanie wydawano prawie wszystko, co zarobiły inne lankijskie porty. Kłopoty z nowym lotniskiem też zaczęły się wkrótce po jego otwarciu. Linie lotnicze, jedna po drugiej, likwidowały połączenia z Hambantotą otwarte dzięki starannym zabiegom dyplomatycznym. Okazało się, że pasażerowie nie tylko nie mają po co latać na odległą prowincję, ale też że nie jest to zbyt bezpieczne. Matalle leży wśród rozlewisk, w bardzo mglistym rejonie, pomiędzy dwoma rozległymi parkami narodowymi. Obiekt trzeba było otoczyć ogrodzeniem pod wysokim napięciem, bo zagrażały mu dzikie słonie i inne zwierzęta. Ale najbardziej niebezpieczne były zderzenia samolotów z ptakami, których wiele zginęło w turbinach silników odrzutowych. Samoloty szybko więc zniknęły z nieba nad Hambantotą, a największe i najnowocześniejsze lotniko w kraju zaczęło świecić pustkami.

Pod koniec lipca zadłużony rząd Sri Lanki przekazał kontrolę nad portem w Hambantocie Chinom. Umowa dzierżawy ma obowiązywać przez 99 lat – do początków XXII wieku

Podczas naszej wizyty tam jedynym otwartym punktem był mały lokal z napojami i przekąskami. Przy stoliku siedziało kilka osób, głównie pracownicy zamkniętych sklepów. Celnicy wyszli wcześniej, bo jedyne zaplanowane na ten dzień lądowanie już się odbyło. Co jeszcze zostało do zrobienia? Chyba tylko układanie towaru, powiedział jeden z mężczyzn. Właściwie mogliby już pójść, ale jakoś głupio wracać tak wcześnie do domu. Na początku wydawało się, że to się wszystko jakoś rozwinie, ale teraz wszyscy przy stoliku bali się o pracę – dojeżdżali z okolicznych wsi, w których nie ma żadnych innych opcji zatrudnienia. Na razie starali się zaoszczędzić coś ze swoich wysokich pensji.

Przy wyjeździe z lotniska pożegnał nas posąg przedstawiający pawia – jedyny ptak tutaj, którego nie obawiali się piloci. Odjechaliśmy nowiutką drogą, na której poza starcem prowadzącym krowę nie spotkaliśmy żywej duszy. „Strzeż się słoni” – ostrzegały znaki.

***

Pod koniec lipca 2017 roku zadłużony rząd Sri Lanki przekazał kontrolę nad portem w Hambantocie Chinom. Umowa dzierżawy ma obowiązywać przez 99 lat – do początków XXII wieku. Chińczycy chcą wykorzystać Hambantotę jako kluczowy port w swoim morskim Szlaku Jedwabnym, ale na razie trudno ocenić, czy pomoże to także Lankijczykom. Bardzo możliwe, że nieużywanymi dotąd drogami za kilka lat pojadą ciężarówki z towarem, a w porcie zaroi się od statków. Kto wie, może kiedyś marzenie prezydenta się spełni? Jeśli chodzi o lotnisko, trwają rozmowy o wydzierżawieniu go Indiom.

© Tomasz Augustyniak 2017

O tych i innych cudach Sri Lanki będzie opowiadała moja książka „Królestwo Buddy”. Możecie się przyczynić do jej powstania i do realizacji innych tematów w Azji Południowej w zamian za nagrody. Więcej informacji tutaj.

Możesz śledzić Monsunowe Historie:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *